Dziś pierwszy wpis, będą się one pojawiać
regularnie, co poniedziałek. Mam nadzieję, że się spodoba i nie zostanę
zlinczowana. Z góry przepraszam za wszelkie błędy, literówki czy inne
niedociągnięcia, ale długa przerwa robi swoje. A teraz zapraszam do
czytania.
Enjoy! :)
***
Enjoy! :)
***
Wszystko zaczęło się pewnej szczególnej nocy.
Był
piątek trzynastego maja, tego dnia wciąż padało i nic nie zapowiadało
szybkiego końca ulewy. Był to bardzo znaczący wieczór, bowiem właśnie
tego dnia pewna para miała się pobrać. Mieli oni zostać połączeni
nierozerwalnym, magicznym węzłem małżeńskim. Wyjątkowy dzień dla każdego
człowieka, czarodzieja i każdej innej magicznej istoty – dzień
zaślubin. Większość kobiet planuje to wydarzenie miesiącami wraz ze
swoimi rodzinami oraz narzeczonymi. To jedyny dzień w życiu, który ma
zostać zapamiętany do jego końca i jeszcze dłużej. Każda para pragnie,
aby wszystko poszło zgodnie z planem, sprawiając, że staje się to czymś
idealnym i niepowtarzalnym. Jednak nie każdemu jest to przeznaczone. Nie
każdy może liczyć na udane, bogate i przyjemne wesele, pomimo
wcześniejszych planów. Czasem jedna mała rzecz potrafi zniszczyć
wszelkie nadzieje. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Deszcz
spowodował nieciekawe nastroje, niedopracowane szczegóły uroczystości
sprowokowały do kłótni, a to z kolei do wściekłości panny młodej.
Atmosfera była pełna napięcia i nikt nie umiał jej rozluźnić, a
zwłaszcza nie radził sobie z tym pan młody. W pewnym momencie po prostu
zniknął. Tuż przed ceremonią okazało się, że to jedyna i najważniejsza
brakująca osoba. Rodzina w poszukiwaniu pana młodego zupełnie
zapomniała, że dla kobiety w białej sukni miał to być najważniejszy
dzień w życiu. Goście wpadli w popłoch i nikt nie rozumiał co się
właściwie stało. Po pewnym czasie ludzie zaczęli zwyczajnie rozchodzić
się do domów.
Właśnie
dlatego szatynka teraz siedziała na ławce przed bramą kościoła i mimo
ulewy czy zimna, nic nie czuła. Cieszyła się z powodu deszczu,
przynajmniej nikt nie mógł dostrzec jej łez. Nie wiedziała czym sobie na
to zasłużyła. Już widziała nagłówki gazet, a w tym Proroka Codziennego
„PAN MŁODY UCIEKA SPRZED OŁTARZA”, „ŚLUB ODWOŁANY: PANNA MŁODA
WYSTRASZYŁA NARZECZONEGO”. Przecież się kochali, byli parą przez pięć
lat, a i za czasów szkoły coś między nimi iskrzyło. Na wspomnienie
wspólnie spędzonych chwil wyrwał jej się głośny szloch. Fala dreszczy
przeszła po jej zmarzniętym ciele. Nic dziwnego, było już późno i
ciemno, na dodatek wiało, a ulewa nie ustawała. Poczuła się zraniona i
oszukana przez najlepszego przyjaciela. Ślub miał ich połączyć na
zawsze, a tymczasem rozdzielił bezpowrotnie. Nawet jego rodzina nie
mogła go odnaleźć. W pewnym momencie nie miała już czym płakać, został
jedynie głuchy szloch i dźwięk uderzających kropli deszczu o ulicę.
Targały nią dreszcze, ale nie chciała wracać do domu, gdzie jej bagaże
leżały gotowe na podróż poślubną. Okazał się największym tchórzem we
wszechświecie, a nie bajkowym rycerzem na białym koniu. W świecie
magicznym była poważaną osobistością i każdy jej sukces czy porażka były
brane pod lupę przez różne szmatławce, nie chciała być pamiętana jako
kobieta, przed którą uciekł przyszły mąż. Deszcz kompletnie zniszczył
jej piękną fryzurę, makijaż spłynął wraz z pierwszymi łzami, a biała
suknia zupełnie opadła, przyklejając się do ciała. Wyglądała jak
chodzące nieszczęście, a czuła się jeszcze gorzej. Westchnęła ciężko,
odsłaniając włosy z twarzy. To zdecydowanie nie był jej szczęśliwy
dzień. Usłyszała kroki niedaleko siebie, więc podniosła się szybko, aby
odejść. Niefortunnie jej długa suknia tak się splątała u dołu, że
zrobienie kroku było niemal niemożliwe, co poskutkowało bolesnym
upadkiem na chodnik. Syknęła, kiedy poczuła nieprzyjemne pieczenie na
dłoniach.
-
Merlinie, zlituj się! – mruknęła do siebie pod nosem zrezygnowana. Krew
ze zdartych dłoni prawie od razu zaczęła wsiąkać w jasny materiał.
Nagle przed oczyma zobaczyła męską dłoń wyciągniętą w jej kierunku.
Zrobiło jej się tylko głupio, musiała wyglądać okropnie. Pomimo to
przyjęła pomoc od mężczyzny. Gdy już stanęła na równych nogach okazało
się, że jest on od niej wyższy o głowę, a kiedy uniosła brodę, aby
zorientować się kto jej pomógł, zaniemówiła.
Znała
to zimne spojrzenie stalowych oczu, te usta wykrzywione w ironicznym
uśmiechu, jasną, nieskazitelną skórę i blond włosy w nieładzie. Niemal
wyrwał jej się jęk udręki z piersi, gdy dotarło do niej na kogo trafiła.
Jeszcze chwilę temu chciała podziękować, ale w obliczu takiego
upokorzenia jedyne, co zrobiła to zgarbiła się i opuściła głowę.
Szykowała się na piękną wiązankę przekleństw, na masę wyzwisk, a
otrzymała ciszę. Podniosła wzrok na młodego mężczyznę w oczekiwaniu, ale
nic takiego się nie stało. Szare oczy badawczo przyglądały się
rozdygotanej kobiecie. W pewnym momencie jego usta drgnęły, zaciskając
się w cienką kreskę.
-
Wyglądasz fatalnie, Granger – skomentował jej wygląd blondyn. Nie
musiał pytać, co się wydarzyło, wystarczyło rzucić okiem. Suknia ślubna,
rozmazany makijaż i przejmująco smutne oczy. Szatynka zdziwiła się jego
postawą, nie krzywił się, nie patrzył na nią z pogardą ani nie wyzywał.
Nie obyło się bez komentarza, ale to bardzo niewielka dawka tego, co
mógł jej zaserwować.
-
Dzięki, Malfoy. Co tutaj robisz? – spytała zaciekawiona Hermiona. Był
ostatnią osobą na Ziemi, jakiej się mogła spodziewać w takim miejscu.
Przez chwilę mu się przyglądała, ale zaraz się zarumieniła i odwróciła
szybko wzrok.
-
Mógłbym zapytać o to samo, w końcu jest środek nocy, a ty stoisz w
przemoczonej sukni i nic sobie z tego nie robisz. Przypominasz teraz
mokrą szczotę Filcha. – na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
Jednak ona nie miała nawet siły się na niego złościć. Uśmiechnęła się
smutno i wzruszyła ramionami.
-
Pomożesz mi? – zapytała, wskazując na suknię ruchem głowy. Nie była w
stanie się w niej poruszać, więc pochyliła się i szarpnęła za materiał u
dołu, próbując go rozerwać. Nie wzięła ze sobą różdżki, więc miała
bardzo małe pole manewru. Miała nadzieję, że kolega z czasów szkolnych, a
raczej wróg, okaże trochę serca. Młody arystokrata spojrzał na nią
krzywo i jednym ruchem drewienka sprawił, że suknia sięgała kolan, a
drugie machnięcie spowodowało, że kobieta była sucha. – Dziękuję –
mruknęła zawstydzona czarownica.
-
To żadna frajda patrzeć jak ktoś inny niż ja, doprowadza kogoś do
takiego stanu. Zwłaszcza jeśli jest to Sir Wieprzlej Rudy – domyślił się
jasnowłosy. Odkąd pamiętał, nie przepadał za świętą trójcą, ale to
właśnie Weasley denerwował go najbardziej. Miał najmniej do powiedzenia,
a krzyczał najgłośniej. – Założę się, że jego twarz miała kolor włosów
jak uciekał z własnego ślubu. Dziwne, że nikogo nie przestraszył, bo na
pewno wyglądał jak ghul chory na coś zakaźnego – skomentował z ledwo
zauważalnym uśmieszkiem. Hermiona naprawdę nie chciała i wiedziała, że
nie powinna, ale wyobraziła sobie to i parsknęła śmiechem. Była zła na
niedoszłego męża, a żart przypadł jej do gustu, mimo że go obrażał.
-
Która właściwie jest godzina? Poza tym, nie dałabym ci się doprowadzić
do takiego stanu! – odparła pewna swego. Malfoy uniósł brwi w geście
niedowierzenia. Doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby się uparł,
mógłby do tego doprowadzić.
-
Nieeee, pewnie, że nie. – zlekceważył jej słowa, uśmiechając się kpiąco
pod nosem – Jest koło drugiej, a to znaczy, że muszę cię pożegnać,
Granger. – Ukłonił się niczym prawdziwy szlachcic i już miał odejść w
swoją stronę, ale poczuł niedużą dłoń na swoim ramieniu. Kiedy się
odwrócił, młoda kobieta spoglądała na niego dużymi, brązowymi oczami
spod gęstych rzęs. To spojrzenie było niemal błagalne. Hermiona
wiedziała, że dawniej byli wrogami, ale wolała zaryzykować. Bardzo
potrzebowała czyjegoś towarzystwa i wierzyła, że szarooki nie okaże się
tak bezduszny jak dawniej. Pamiętała doskonale, jak wiele razy zmieszał
ją z błotem bez żadnego wahania, ale teraz byli dorośli, minęło tak
wiele czasu… Żywiła ogromną nadzieję, że nie popełniła właśnie ogromnego
błędu. Z drugiej strony spotkał ją w tak żenującej sytuacji,
podejrzewała, że bardziej ośmieszyć się nie może.
-
Proszę, nie idź jeszcze – powiedziała błagalnym tonem. W jej oczach
znów pojawiły się tak niechciane łzy. Malfoy w tym momencie spojrzał na
nią inaczej, na jego twarzy przez chwilę widoczne było zaskoczenie. W
stalowych oczach dosłownie przez ułamek sekundy dostrzegła coś więcej
niż tylko obojętność czy zimno. Wydawało jej się, że zobaczyła odrobinę
ciepła i współczucia. Nie była pewna i nie chciała się łudzić, ale to
było silniejsze od niej. Wszyscy przyjaciele poszukiwali jej niedoszłego
męża, zupełnie zapomnieli, że przecież ona, panna młoda, przeżywa to
najbardziej. Rodzina Weasley jedyne, czym się przejmowała to opinią
publiczną. Byli przerażeni, że ich syn narobił im takim zachowaniem
wstydu. To miał być jej ślub, dzień jej szczęścia, jedyny taki dzień w
życiu, a wszystko spełzło na niczym. Wszystkie marzenia, które przecież
nie były nieosiągalne, zostały brutalnie zdeptane, i to właśnie przez
mężczyznę, z którym je wiązała.
-
Mogę cię odprowadzić do domu, jeśli chcesz – odparł tylko, nie
komentując jej zachowania. Granger dziękowała za to samemu Godrykowi,
Dracon Malfoy okazał jej odrobinę serca. Tego dnia dał jej więcej niż
ktokolwiek. Uśmiechnęła się delikatnie do niego i powoli ruszyła w
kierunku swojego mieszkania. Znajdowało się ono w magicznej części
Londynu, mieli więc oni nie tak daleką drogę przed sobą. Mężczyzna sam
nie wiedział, czemu się na to zgodził, dlaczego jej to zaproponował. Jej
spojrzenie spowodowało, że poczuł się odpowiedzialny za jej stan. To
było dziwne uczucie, zupełnie nowe doznanie. Ale ze mnie kretyn! - mówił do siebie w myślach.
Przez pięć lat praktycznie nie mieli ze sobą kontaktu, wcześniej się
nie znosili, a teraz najzwyczajniej w świecie jej pomaga uporać się z
własnymi demonami. Odbiło mi kompletnie! – ganił siebie nieustannie.
-
Dziękuję – młoda kobieta chciała coś jeszcze dodać, ale nie miała
pojęcia co mu powiedzieć. – Zrobiłeś dla mnie dzisiaj więcej niż wszyscy
moi przyjaciele…- mruknęła pod nosem wyraźnie zawstydzona.
-
Domyślam się, w końcu wszyscy pewnie szukają tego rudego idioty! Nie
popisał się swoim ptasim móżdżkiem!- wyrzucił z siebie były ślizgon. Co
jak co, ale nigdy by nie zrobił czegoś takiego swojej narzeczonej.-
Zbiec sprzed ołtarza to prawie jak porazić avadą!
-
Właściwie to myślę, że avada mniej boli… To bardziej jak crucio –
dodała Hermiona, przez chwilę się zastanawiając. Pamiętała doskonale
jakie to uczucie dostać tym zaklęciem, ból był potworny i nie do
zniesienia. Malfoy ze zrozumieniem skinął głową.
- Daleko mieszkasz?- spytał w pewnym momencie mężczyzna. Musiał jeszcze tej nocy pojawić się u swojego przyjaciela, Zabiniego.
-
Tutaj za rogiem – mruknęła bardziej do siebie, niż do niego. Czuła się
trochę nieporadnie w jego towarzystwie. W końcu latami sobie dogryzali w
szkole i się obrażali nawzajem. – Nie musisz mnie odprowadzać pod samo
mieszkanie. Widzę, że się spieszysz…
-
Wbrew pozorom jestem prawdziwym dżentelmenem – blondyn wypiął dumnie
pierś, uśmiechając się lekko. Hermiona zakrztusiła się własną śliną,
słysząc to. Ledwie udało jej się zdusić wybuch śmiechu. Szarooki
spojrzał na nią z wyraźnym wyrzutem, ale nic nie powiedział. Zakręcili w
najbliższą uliczkę i praktycznie minutę później stali już pod ciemnymi,
dębowymi drzwiami mieszkania. Szatynka nie była pewna jak ma się
zachować, więc odkaszlnęła.- No, to idę. Do zobaczenia, Granger –
powiedział szybko, pierwszy raz czując się niezręcznie w obecności
jakiejś kobiety. Ona wywoływała w nim niecodzienne uczucia. Brązowooka
spojrzała na niego ciepło, była mu niezmiernie wdzięczna. Stał tuż przed
nią, pierwszy raz niepewny siebie. I to wystarczyło, aby uznała go
słodkim. Pod wpływem impulsu zbliżyła swoją twarz i musnęła jego gładki
policzek swoimi ustami. Zaraz potem jej twarz spłonęła rumieńcem.
- Jeszcze raz
dziękuję – praktycznie wyszeptała, jeszcze bardziej czerwona. W jej
głosie czaiło się coś dziwnie ciepłego, coś, co sprawiało, że zrobiło mu
się bardzo miło. Podrapał się po karku, nie wiedząc co się dzieje.
Zanim zdążył jakoś zareagować, Hermiona otworzyła drzwi i już jej nie
było.Odetchnęła z ogromną ulgą, gdy tylko domknęła drzwi. Oparła się o nie plecami i
nasłuchiwała czy odchodzi. Po paru minutach usłyszała kroki za drzwiami i ponownie odetchnęła. Na twarzy wciąż czuła piekące rumieńce. Wszystko to wydawało jej się nie do pomyślenia. Dziś, w dzień niedoszłego ślubu, prawie normalnie rozmawiała z Draconem Malfoyem, tępicielem szlam numer jeden, szkolnym wrogiem i najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znała. STOP. Czy ja naprawdę pomyślałam, że jest najprzystojniejszym facetem jakiego znam, i że jest słodki? - własne myśli nie dawały jej spokoju. Jeszcze przez jakiś czas stała pod drzwiami, zastanawiając się co najlepszego wyprawia. Długo to nie trwało, ponieważ jej wzrok napotkał spakowane walizki. I wszystkie uczucia, wydarzenia tego dnia uderzyły ze zdwojoną mocą. Nie chciała już więcej płakać, nie miała na to siły. Bezradność zamieniła się w złość, a wcześniejsze łzy w krzyk. Zanim się zorientowała co robi, trzasnęła walizką o ścianę, rozrzucając przy tym całą zawartość. Były to rzeczy Rona. Coś w niej pękło, coś bardzo niedobrego się w niej obudziło. Wściekłość jaką poczuła natychmiast poskutkowała rozładowaniami magicznej energii. Szkło w gablocie w salonie popękało, rzeczy z walizki się zapaliły, a sama Hermiona krzyczała ile jej starczyło sił. Nie minęło dużo czasu, a kobieta opadła z sił i skuliła się na podłodze. Oddychała ciężko, głowa bolała ją tępym bólem, a wszystkie mięśnie wręcz paliły. Zerknęła na pozostałości po walizce Rona. Była wyczerpana dniem, ale cieszyła się, bo właśnie zmęczenie spowodowało obojętność. Chciała już tylko położyć się do swojego łóżka i nie myśleć.
Na prawdę bardzo podoba mi się pomysł w jaki kontynuujesz losy znanych wszystkim bohaterów. Umiliłaś mi czas tą lekturą i czekam na następną część :) Powodzenia
OdpowiedzUsuńBaaaardzo dziękuję! :) Niezmiernie mi miło, mam nadzieję, że z czasem się rozkręci!
UsuńHej Lucky ;d
OdpowiedzUsuńNie wiem jakim cudem, ale właśnie znalzłam twój komentarz na www.nadzieje-nie-umieraja.blog.onet.pl prehistoria tamtem blog, że hej ; d
Dzięki za zostawienie informacji, przeczytam jak znajdę czas. Ale że teraz prowadzę kampanię czytam za czytam, więc zapraszam do siebie www.trzy-wspomnienia.blogspot.com
Myśle, że w niedzielę opublikuje komentarz.
Ściskam, Donna/Niecała/Debby :)
Zajrzałam, przeczytałam i ciesze się, że dalej prowadzisz blogi :)
UsuńMiłe zaskoczenie. Z początku nie wiedziałem o co chodzi, słowo "czarodziej" było jakieś takie niedopasowane. Jednak po paru linijkach wszystko się wyjaśniło i dalsza lektura była naprawde przyjemna :) Bardzo dobrze czyta się czyjąś wizję czegoś, co wydaje nam się że już znamy. Okazuje się jednak, że ktoś dopisał inny koniec tej historii. Daje to opowieści większy rozmach i staje się naprawde przyjemną lekturą. Jestem ciekaw co się potoczy dalej :)
OdpowiedzUsuńLekturka powala treścią, myślałem, że będą to miłosne rzygowiny, ale zrobiłaś to bardzo fajnie. Nie mogę doczekać się dalszej części :)
OdpowiedzUsuńHahaha, dzięki! :D "Miłosne rzygowiny" haha, leżę :D Na pewno jeszcze nimi będą.
UsuńGłowna bohaterka to straszna baba ! Czekam na kolejne wpisy.
OdpowiedzUsuńWcale nie jest straszną babą! :D
UsuńZostałaś przyjęta z powodzeniem do Stowarzyszenia ;)
OdpowiedzUsuńZapraszam do dodania swojej daty urodzin do ramki 'Urodzinki nasze', żebyśmy mogły wspólnie je świętować ;)
Zapraszam także do głosowania na stronie głównej Stowarzyszenia w konkursie na najlepsza partówkę Dramione :)
I zapraszam do polubienia fanpage'a Stowarzyszenia :D
[ https://www.facebook.com/StowarzyszenieDHL ]
Pozdrawiam, Alex ;)